czwartek, 15 grudnia 2016

Baśń Leśna XVII - Jak chwile ulotne


Im wszystkim

Nawet jeśli odejdziesz z Tego Lasu, by zamieszkać w Innym Lesie, zostawiając za sobą niektóre chwile dla kolejnych wyjątkowych momentów, nie wszystko zmieni się czy skończy. To tak nie działa.
Wiewiórka wiedziała o tym bardzo dobrze. Nawet ona – niecierpliwa i ciekawska – potrzebowała fundamentów. Jakichś stałych, by te wypełniły codzienność pomiędzy przygodami. Ramy wiewiórczej egzystencji wyznaczały od dawna pory roku. Szkielet kolejnych dni stanowiło dudnienie niedźwiedziego serca, którego Ruda słuchała, kiedy się budziła i wtedy, gdy zasypiała. Wiewiórce i Niedźwiedziowi towarzyszył także szelest piór oraz donośne, krzykliwe wręcz, krakanie. Kruk stał się częścią ich stada, a oni zostali jego rodziną.
To były takie ich duże punkty, widoczne z daleka na leśnej mapie. Poza tymi, jakże oczywistymi dla Niedźwiedzia, Wiewiórki i Kruka elementami, istniały również te mniejsze, może łatwiejsze do przegapienia, nie zawsze też zrozumiałe dla innych zwierząt.
Jak każda opowieść, Baśń Leśna posiada swoje przestrzenie między wyrazami, zapraszające do interpretacji, znaczenia schowane pod przecinkiem, zawieszeniem głosu czy wielokropkiem…

***

Wiewiórka siedziała nieruchomo na jednej z wyższych gałęzi buka, a wokół jej łapki wiła się delikatna pajęcza przędza. Zaczęło się, pomyślała Ruda. Pozwoliła niteczce falować na wietrze i w końcu odfrunąć. Nie łapała jej, nie trzymała siłą. Patrzyła w ślad za nią, choć nawet z bliska ledwie ją widziała.
Podmuchy wiatru szarpały puszystą kitą, którą Wiewiórka ułożyła miękko wzdłuż boku. Igrały też z ciemniejącymi liśćmi drzew. Z trawami porastającymi łąkę.
Jesień się zapowiedziała.
– Czy to już? – spytała szeptem Wiewiórka. – Już pora?
Po czym zadarła łebek do góry i powęszyła. Powietrze jeszcze pachniało latem, więc zamyśliła się, skubiąc pędzelek na prawym uchu. Może należało jeszcze zaczekać.
Wtem dostrzegła sylwetkę Niedźwiedzia, który najwyraźniej wracał znad strumienia, bo niósł w pysku dwie duże ryby.
Ruda natychmiast przeskoczyła na gałęzie kolejnego buka, stamtąd na młody dąb, brzozę i skrzecząc radośnie, wylądowała na plecach Niedźwiedzia.
Ten jedynie mruknął, ni to z irytacją, ni to z rozczuleniem.
– Z pełnym pyskiem mi nie odpowiesz, więc udzielam sobie głosu – oznajmiła Wiewiórka.
Niedźwiedź zdążył pomyśleć, że w zasadzie – z pełnym pyskiem czy z pustym – żadna różnica. Ruda po prostu nie przepadała za ciszą. Jakby bała się, że brak dźwięków jakoś ją pokona albo skrzywdzi.
– Dziś złapałam babie lato – powiedziała cicho, z wyraźnym przejęciem. – Myślę, że to już czas na nie, ale wcale jeszcze nie czuć jesieni, więc nie wiem.
Niedźwiedź przystanął niechętnie. Był głodny, do jaskini skrótem dotarłby w kilka minut, ale jeśli chodziło o sprawę takiej rangi, posiłek mógł zaczekać. Uznał, że wyplucie ryb na ścieżkę raczej im nie zaszkodzi.
Kiedy przysiadał, czuł, jak Ruda instynktownie wczepiła pazurki w jego sierść. Następnie obiegła go wokół – zupełnie jak pnie drzew – i zatrzymała się na brzuchu, zadzierając głowę do góry. Wpatrywała się w jego pysk z namaszczeniem, dziecięcą wiarą, że on będzie wiedział na pewno.
– Skoro to czas nitek, powinniśmy dziś wczesnym wieczorem pójść na łąkę za strumieniem – powiedział.
W oczach Wiewiórki rozbłysła ekscytacja i radość, ale zaraz potem zamigotał też smutek, który nie dość umiejętnie zepchnęła w głąb siebie. Oczywiście, że Niedźwiedź to zauważył.
Nauczył się czytać z jej pyszczka, z ułożenia uszu, ze zmarszczenia (lub nie) nosa. Rozróżniał też jej kłębki – ten do pomyślenia o kiedyś był inny niż jego wersja na smutno, a na ich tle wyróżniał się zwłaszcza najgorszy z możliwych: jestem zła i chędoż się sam o gałąź. Tym razem skuliła się nieznacznie, zaledwie schowała przednie łapki pod pyszczkiem. Przejęta na wskroś, próbowała sobie z tym poradzić najlepiej jak potrafiła. Była dzielna, podziwiał ją za to.
Uwielbiała nitki, ale jednocześnie bała się swoich własnych uczuć związanych z nimi. Niedźwiedź doskonale ją rozumiał.
Pamiętał, jak pokazała mu pajęczyny po raz pierwszy, jeszcze w poprzednim Lesie.

***

Powiedziała, że znalazła coś niezwykłego, poprosiła, by jej towarzyszył. Przez całą drogę szczebiotała, podskakiwała, siadała mu na plecach, ale nie wytrzymywała tam zbyt długo – energia i radość wprost ją rozsadzały – biegła obok niego, przed nim, kręciła piruety. Była wszędzie, jak iskra – emocjonalny pożar. Uwielbiał ją właśnie taką.
Pokazywała mu drogę na niewielkie wzniesienie, pędziła w tamtym kierunku z nastroszoną kitą, kiedy i on zaczął biec. Zatrzymali się dopiero na szczycie wzgórza. Roztaczający się stamtąd widok Niedźwiedź pamiętał dokładnie, choć minęło dużo czasu.
Skąpane w świetle zbliżającego się zachodu słońca drzewa, szumiące i uginające się wraz z wiatrem, wyglądający jak żywa istota cień, który powoli pełzł po powierzchni łąki.
– Piękne – szepnął wtedy.
Wiewiórka zaprzeczyła ruchem głowy.
– Nie o to chodzi – stwierdziła.
Wyciągnęła do góry obie łapki, a po chwili do jej palców przyczepiły się delikatne pajęcze nici.
– Zauważyłam je, kiedy przeskakiwałam między drzewami – wyjaśniła. – Unosiły się w powietrzu, splatały się i rozplatały, zaczepiały o gałęzie – tłumaczyła.
Jednocześnie starała się jednym palcem pogłaskać wymykający się jej koniec przędzy.
– Jakby chciały się bawić – mruknęła Wiewiórka.
Jej głos cichł wraz z pojawieniem się kolejnych nitek, których przybywało wokół nich. Może nitki były stadne, pomyślał wtedy Niedźwiedź.
Dopiero wtedy zwrócił uwagę, że pojedyncze pajęczyny przyczepiły się do jego futra na piersi, na łapach i uszach. Trzymały się przez kilka sekund, czasem dłużej, ale w końcu zawsze odlatywały, niesione z wiatrem. Każda pajęczyna była emocjami, żadna jednak nie przypominała poprzedniej, choć jednocześnie wszystkie wydawały się do siebie bardzo podobne.
Niedźwiedź i Wiewiórka wracali na tamto wzgórze jeszcze wiele razy, zwykle, gdy lato już mijało, a jesień dopiero nadchodziła. Przytuleni do siebie, pozwalali przędzy przyczepiać się do sierści. Babie lato wplątywało się między ich palce, łaskocząc delikatną skórę. Przyklejało do pysków, zaglądało nawet do nosów. Wścibskie i niepohamowane.
W Tym Lesie również udało im się znaleźć właściwie miejsce. Miejsce, które nitki szczególnie sobie upodobały.
Jednak te spotkania, tak poruszające i intymne, miały swoją cenę. Z każdą kolejną pajęczyną, która znikała, porywana podmuchem wiatru, uśmiech Wiewiórki przygasał, aż w końcu zaczynała łkać oraz popiskiwać, wtulona w łapę Niedźwiedzia.
Drżąca i delikatna, wydawała mu się krucha i podatna na zranienie. Właśnie taką ją pokochał.
Zabierał ją po wszystkim do jaskini, tulił jej zrozpaczony kłębek, a potem – kilka miesięcy później – wracał z nią w to samo miejsce, mimo że rozsądek podpowiadał, że łatwiej byłoby tego nie robić.
Łatwiej nie oznacza lepiej. Łatwiej nie zawsze jest właściwe.
Nitki także w Niedźwiedziu wzbudzały z jednej strony zachwyt i szczery podziw, z drugiej – smutek oraz nostalgię. Jak chwile, pojawiały się i mijały, czasami zupełnie niedostrzegalnie.

***

Wiewiórka  nagle pociągnęła go za łapę, wytrącając ze wspomnień.
– Wiewiórka do misia, wiewiórka do misia! – krzyknęła.
– Zamyśliłem się, przepraszam – odpowiedział.
Już miał sięgnąć po ryby, kiedy obok nich wylądował z trzepotem skrzydeł Kruk.
– Szukałem was – oznajmił wesoło. – Zastanawiałem się, gdzie się podziewacie.
Wiewiórka trąciła noskiem jego pierzastą pierś, Niedźwiedź skinął mu łbem na przywitanie.
– Mamy dziś plany z Niedźwiedziem – wymamrotała po chwili, bardziej do siebie niż do ptaka.
Wyglądała jak winowajca, wzrok wbiła w ziemię.
Kruk przechylił głowę i popatrzył na nią pytająco. W jakimś sensie poczuł się wykluczony, po raz pierwszy Ruda dała mu do zrozumienia, że istnieje coś, co dzieli tylko z brunatnym olbrzymem.
– Rozumiem – jęknął słabo. – Chyba…
– Nie rozumiesz – pisnęła Wiewiórka. – Sądzisz, że cię tam nie chcemy, prawda?! – Oburzona, podniosła głos do nieprzyjemnego skrzeku.
Zanim odpowiedział, sama to zrobiła:
– A ja po prostu nie chcę cię zmuszać do czegoś, co jest dobre tylko wtedy, jeśli ktoś sam tego chce.
Kruk poczuł się zagubiony, nie miał pojęcia, o czym mówiła Wiewiórka. Spojrzał z kolei na Niedźwiedzia, który właśnie zjadał jedną ze złowionych wcześniej ryb.
– Wiewiórka ma pewien szczególny zwyczaj, który poza tym, że jest zachwycająco piękny, inspirujący i właściwie nieopisywalny, prawdopodobnie rozerwie ci serce na strzępy, o czym zresztą my sami dowiedzieliśmy się, kiedy było za późno – powiedział spokojnie, jednym tchem, jakby wcale nie opisywał czegoś przerażającego.
Kruk zadrżał, wpatrując się w swoje stado z milionem pytań widocznych w ciemnych, błyszczących oczach.
Niedźwiedź przełknął ostatni kęs ryby, a następnie dodał:
– To rozerwanie serca nie byłoby dosłowne, rzecz jasna, tylko metaforyczne.
Akcent na słowie „tylko” z daleka trącił czarnym humorem właściwym dla Niedźwiedzia.
Ptak patrzył to na jedno zwierzę, to na drugie. Przecież ich znał, więc jak zdołali tak go zaskoczyć?
– Dotykałeś kiedyś babiego lata, Kruku? – Wiewiórka włączyła się do rozmowy.
– Nigdy – odpowiedział.
Zmarszczył przy tym czoło, próbując poukładać sobie w głowie to, co do tej pory usłyszał.
– Właśnie na tym polega – zawiesiła głos – nazwijmy to, rytuał. Pozwalamy pajęczym niciom, by nas dotknęły. – Ruda zawahała się ponownie.
Nie wiedziała, jak ma wytłumaczyć coś tak złożonego komuś, kto nigdy tego nie doświadczył.
– Po co to robicie? – dociekał Kruk uparcie.
– Kiedy nitka cię dotknie, czujesz to trochę tak, jakbyś jednocześnie widział początek i koniec czegoś. – Zamilkła na chwilę. – Jest w tym wielkie szczęście oraz ogromna rozpacz. Jest cel i pustka… – Głos Rudej zadrżał na wspomnienie tego, co przeżyła.
– Aż w końcu nitka się odkleja albo odplątuje, leci dalej, a ty zostajesz jednocześnie sam i nie-sam. – Niedźwiedź dokończył jej myśl.
Uwadze Kruka nie uszło, jak bardzo niedźwiedzi głos zmienił się pod wpływem emocji.  
– I dziś chcecie… te nitki… – wyjąkał słabo ptak.
– Tak – potwierdzili jednocześnie Wiewiórka i Niedźwiedź.
Ruda uśmiechnęła się delikatnie. Dotknęła łapką skrzydła Kruka i powiedziała z całą stanowczością oraz powagą:
– Jeśli chcesz, chodź z nami. – Poklepała go delikatnie. – Jeśli się wahasz, zostań w domu. Wrócimy tuż po zachodzie słońca – stwierdziła.
Po czym odwróciła się w drugą stronę i popatrzyła gdzieś między drzewami. Bezwiednie podreptała kilka kroków do przodu.
Kruk przechylał głowę, nie wiedząc, jaką podjąć decyzję. Zatrzepotał bezradnie skrzydłami, strosząc pióra. Najwyraźniej to było dla nich ważne. On dostał zaproszenie, nie wiedział jednak, czy temu podoła, czy wytrzyma i udźwignie tak intensywne przeżycie.
Niedźwiedź podniósł się powoli, ignorując drugą rybę.
– Nie zmuszaj się do tego, z przędzą przymus nigdy nie kończy się dobrze – szepnął. – Babie lato zdaje się czuć, że ktoś ma z nim problem – dodał jeszcze ciszej.
Ptak odpowiedział bezsensownym krakaniem.
– Ktoś będzie miał dziś dobry podwieczorek – mruknął Niedźwiedź, nie chcąc wywierać presji na przyjacielu.
– Musimy już iść, jeśli chcemy zdążyć – zwrócił się do Wiewiórki.
Ruda zawróciła dwoma susami, mocno przytuliła Kruka, zanim ruszyła w ślad za Niedźwiedziem.
Kruk patrzył za ich oddalającymi się sylwetkami, które malały na tle leśnej ścieżki. Czuł się odrętwiały i bezsilny. Nie umiał tak jak oni, nie potrafił.

***

Niedźwiedź uważnie obserwował Wiewiórkę, która przycupnęła na łagodnym, porośniętym niską trawą stoku wzniesienia. Ruda wyprostowała się, wyciągnęła rozłożone szeroko łapki. Jak rzadko, milczała. Balansując ogonem, zamarła w oczekiwaniu na lecącą z wiatrem pajęczą przędzę.
Podejrzewał, że część jej myśli ucieka do Kruka, sam również wolał, by ptak był z nimi. Potrząsnął głową, by oczyścić umysł. Wciągnął powietrze głęboko do płuc, aż zmarszczył mu się pysk i odsłoniły zęby.
Chwilę potem pierwsza nitka babiego lata przykleiła się Niedźwiedziowi do krawędzi ucha. Myśli odpłynęły wraz z nią. Był tylko czas: jakieś wczoraj i któreś jutro. Zalewała go radość zmieszana z żalem. Czuł motywację oraz zniechęcenie. Pajęczyny wirowały wokół niego, targane wiatrem.
– Patrz – powiedział cicho, żeby ich nie spłoszyć – bawią się w  berka.
Wiewiórka złapała kilka nitek, tylko po to, by zaraz wypuścić je i pozwolić im na swobodne unoszenie się oraz dalszy lot.
– To był zaszczyt – załkała, oglądając się za nimi.
Pobiegła kilkanaście metrów w dół wzgórza, a pajęczyny unosiły się coraz wyżej, oddalały się bezpowrotnie.
Wtedy Ruda zawróciła, Niedźwiedź widział, jak z trudem łapie oddech, z bliska dostrzegł jej zaszklone smutkiem spojrzenie. Kolejne nitki wplątywały się w puszysty ogon Wiewiórki, owijały się wokół smukłych, porośniętych rdzawą sierścią łapek, rwąc się na ostrych pazurkach.
Ruda roześmiała się głośno, a jej śmiech zmienił się w skowyt. Serce Wiewiórki pękało, Niedźwiedź ryknął na całe gardło, a pajęczyny – wcale się nie bojąc, niezłośliwie, tylko po prostu – owinęły się nawet wokół jego oślinionych kłów.
Takie byłyśmy, takie jesteśmy, takie będziemy – mówił ich taniec bez słów.
Babie lato przylepiło się do pędzelków na uszach Wiewiórki i do jej rzęs. Na tych ostatnich nitkach zatrzymały się porwane wiatrem łzy Rudej. Niewielkie kropelki wzruszeń i smutków.
Niedźwiedź zamknął oczy. Jeszcze tylko chwila, pomyślał. Właśnie wtedy powietrze przeciął ostry szum skrzydeł i donośne krakanie.
Kruk szybował na wietrze, a nitki babiego lata, jak zaczarowane – a może zaciekawione – tańczyły wokół ptaka, muskając lotki skrzydeł. Wraz z ich dotknięciami przychodziły ich strach oraz odwaga. Pewność i wątpliwości. One przygotowywały na pojawienia się i odejścia.
W końcu jesień postanowiła rozgościć się na dobre.

***

Kilka godzin później milczenie we wnętrzu jaskini przerwało pytanie zadane bardzo, bardzo cicho:
– Jednak się pojawiłeś, czemu?
Jednocześnie Wiewiórka wyciągnęła się w taki sposób, by móc dosięgnąć do krawędzi dzioba Kruka. W efekcie pazurki zastukały o twardą powierzchnię. Ptak roześmiał się cicho, po czym pochylił się, by z ufnością wtulić głowę w jej łapy.
Ich głosy i wiercenie się sprawiły, że Niedźwiedź (Wiewiórka spała na jego piersi, a Kruk wtulał się w jego bok) warknął przez sen, mamrocząc niewyraźnie jakieś uspokajające słowa.
Prawda była taka, że we wzajemnej bliskości wszyscy troje znajdowali oparcie.
Po zastanowieniu Kruk udzielił najkrótszej możliwej odpowiedzi:
– Chciałem zrozumieć, zawsze będę chciał.
– Zawsze – powtórzyła za nim Wiewiórka.
Zawsze składało się z małych, ulotnych chwil.